Trasa w góry i z powrotem

Wyjazd w góry spod Krakowa wygląda na krótki: dwie, trzy godziny w jedną stronę. Właśnie dlatego tak łatwo go źle rozłożyć. Opisujemy taki weekend od wyjazdu w piątek po południu do powrotu w niedzielę wieczorem.

Zaktualizowano 1 października

Postój na widok w górach, auto zaparkowane na skraju drogi

Piątkowe popołudnie, czyli najgorsza możliwa pora

Wszyscy wyjeżdżają wtedy, kiedy skończą pracę, więc droga na południe stoi. Jeśli można przesunąć wyjazd na piątkowy poranek albo sobotni świt, zyskuje się nie tyle czas, co spokój. Jazda w kolumnie, ze stałym hamowaniem i ruszaniem, męczy bardziej niż te same kilometry pokonane płynnie.

Kiedy przesunięcie nie wchodzi w grę, warto z góry przyjąć, że dojazd potrwa dłużej, i ustawić sobie postój w połowie, zanim jeszcze ktokolwiek o niego poprosi. Zaplanowana przerwa jest zupełnie czymś innym niż przerwa wymuszona zmęczeniem — nawet jeśli trwa tyle samo.

Zjazd z głównej drogi

Po zjeździe z drogi krajowej wszystko się zmienia: pas węższy, pobocze miękkie, znaki rzadsze. To moment, w którym wygodnie jest zdjąć nogę z gazu i przestać patrzeć na czas dojazdu. Na takich odcinkach zysk z jazdy szybciej liczy się w minutach, a koszt w napięciu, które zostaje w ramionach do wieczora.

Warto też pamiętać o tym, co jedzie za tobą. Lokalny kierowca, który zna każdy zakręt, będzie chciał wyprzedzić. Najprościej jest zwolnić i przepuścić go w pierwszym bezpiecznym miejscu, zamiast prowadzić przez dziesięć kilometrów z kimś tuż za zderzakiem.

Serpentyny i hamowanie silnikiem

W dół z przełęczy jedzie się na niższym biegu, nie na hamulcu. Ciągłe przyhamowywanie na długim zjeździe grzeje tarcze i po kilku kilometrach czuć, że pedał staje się miękki. Skrzynia automatyczna zwykle ma tryb, który robi to za kierowcę — w większości aut wystarczy przesunąć dźwignię o jedną pozycję.

W górę zasada jest odwrotna: lepiej trzymać równe obroty niż raz po raz dodawać i puszczać gaz. Auto z niewielkim silnikiem i czterema osobami na pokładzie pojedzie wolniej i to jest w porządku. Jazda pod górę na siłę kosztuje paliwo, nerwy pasażerów i słuch kierowcy.

Postój z widokiem, który naprawdę warto zrobić

Na większości górskich dróg są miejsca, gdzie da się bezpiecznie zjechać i stanąć. Dziesięć minut poza autem, z widokiem na dolinę, robi dla reszty trasy więcej niż dwie kawy. Po takim postoju wraca się za kierownicę z zupełnie inną uwagą, a pasażerowie przestają patrzeć na zegarek.

Przy wyborze miejsca liczy się jedno: czy da się z niego włączyć z powrotem do ruchu bez cofania na zakręcie. Ładny parking tuż za łukiem drogi bywa pułapką przy wyjeździe, zwłaszcza gdy auto stoi pod górę, a za plecami nic nie widać.

Niedzielny powrót po zmroku

Powrót jest zwykle trudniejszy od dojazdu: jest się zmęczonym po dwóch dniach chodzenia, robi się ciemno, a droga wraca tą samą serpentyną. Jeśli w aucie są dwie osoby z prawem jazdy, dobrym zwyczajem jest umówić się wcześniej, kto prowadzi który odcinek, zamiast decydować o tym na parkingu o dwudziestej.

Ostatnie kilometry przez miasto bywają najbardziej zdradliwe, bo wydaje się, że już się dojechało. To właśnie tam zdarzają się stłuczki na parkingu i przegapione pierwszeństwo. Warto dać sobie jeszcze jeden krótki postój przed wjazdem do miasta, choćby na pięć minut z otwartym oknem.

Do zapamiętania

  1. Przesunięcie wyjazdu o kilka godzin daje więcej spokoju niż szybsza jazda.
  2. Na długim zjeździe hamuj silnikiem, a nie pedałem — tarcze ci podziękują.
  3. Najtrudniejszy odcinek powrotu to ostatnie kilometry w mieście, nie serpentyna.